Moje powidoki

Mieszkam w tym samym domu od blisko dwunastu lat. Dla jednych to mgnienie oka, ale dla mnie to całe dotychczasowe życie. Mieszkać w jednym miejscu tak długo, podczas gdy inni zmieniają mieszkania lub miasta pobytu, to może wydawać się jednostajne lub nieciekawe. Ale nie dla mnie. Wygląd mojego domu i jego bezpośredniego otoczenia to po prostu historia mojego życia. Z tym miejscem nierozerwalnie związane są moje pierwsze życiowe nauki i doświadczenia, sukcesy i porażki, przyjaźnie i antypatie, radości i smutki. Sceneria mojego podwórka widzianego z mieszkania to nie tylko obrazy, ale także nieodłączne dźwięki, zapachy oraz więź emocjonalna z krainą dziecięcej szczęśliwości.

Widok, który chcę opisać rozpościera się z okien salonu mojego mieszkania, do którego przylega loggia, rodzaj małego krytego balkonu. Sceną wszystkich wydarzeń jest niewielki skwer poprzecinany żwirowymi alejkami, przy których ustawiono ławeczki. Zieleniec ma kształt prostokąta o wymiarach 100 na 200 metrów, z trzech stron przylegającego do osiedlowych uliczek. Od wschodu i północy plac otoczony jest szpalerem wysokich, smukłych topoli. Z pozostałych stron teren okalają rzędy klonów i kasztanowców. W centralnym punkcie skweru znajduje się niewysoka górka pokryta trawą, z łagodnym zboczem od północnej strony. Po obu stronach wzniesienia samotnie królują dwa rozłożyste olbrzymy. Jeden z nich to kilkusetletni platan, a drugi to sędziwa, brodawkowata olcha. Wewnątrz zieleńca rozłożyły się klony, brzozy, robinie i jodły oraz niezliczone krzewy forsycji, bzów, jaśminu i śnieguliczki. W północno-wschodnim narożu pola, gdzie położony jest mój budynek, znajduje się niewielki plac zabaw dla dzieci ogrodzony niskim parkanem. Po zmroku alejki rozświetlają parkowe lampy rozpraszające mrok ciepłym, pomarańczowym blaskiem. Oto moja mała ojczyzna.

W tym miejscu mógłbym zakończyć. Dla mnie jednak widok z okien jest pełen rozmaitości, tak jak jego dwunastoletnia historia, której byłem naocznym świadkiem. Zatem powtarzając za Adamem Mickiewiczem i Maria Dąbrowską mogę powiedzieć: „Tutaj zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”. Posłuchajcie zatem dziejów tego widoku.

Kiedy tylko wydłuża się dzień i podnosi się temperatura, przez uchylone okna wdziera się do mieszkania ulotny zapach wiosny. Może to tylko pyłki traw i drzew, jednak tego zapachu nie można z niczym pomylić. Później jedne po drugich kwitną forsycje, bzy i jaśminy. Ich zapach i kolor kwiatów dominują w obrazie zielni wczesnej wiosny. Na drzewach pojawiają się pąki i listki, a potem kwiaty, szczególnie robinii i kasztanowców. W alejkach i trawnikach rozbrzmiewają radosne okrzyki bawiących się dzieci. Na wiosnę w moich obrazach szczególnie zapisani są rowerzyści. Sam pamiętam mój pierwszy rower, był żółty, miał przerzutki i ręczne hamulce. Istne cacko, cud techniki, jak wtedy myślałem. I jeszcze ten niezapomniany czas, kiedy tato uczył mnie jazdy na dwóch kółkach.

Lato to widok parku pełnego zarówno dzieci jak i dorosłych. Dorośli, zwykle starsi ludzie, spacerujący alejkami lub wygrzewający się w słońcu na ławeczkach. To również sceneria najdzikszych, swawolnych dziecięcych zabaw. Patrząc na ten widok sam przywołuję obrazy moich gonitw, kryjówek wśród drzew i krzewów oraz walk na kije z moimi towarzyszami dzieciństwa Maćkiem i Kacprem. Letnia sceneria skweru to także gorące rozedrgane powietrze wciskające się do mieszkań oraz odgłosy uganiających się po niebie jaskółek i letnich, gwałtownych burz. Nieodłącznym elementem obrazu lata jest także skoszona trawa, a szczególnie jej charakterystyczny zapach.

Po długim leniwym lecie w obrazie zieleńca pojawia się dostojna jesień. Pierwsze tracą liście topole, olchy, brzozy oraz kasztanowce, najpóźniej klony i platany. Liście klonów i platanów zabarwione karotenem i antocyjanem tworzą orgię barw wśród koron drzew. Szczególnie miły dla oka jest widok kobierca opadłych liści przykrywających alejki. W powietrzu pojawia się przenikająca wilgoć i chłód szybko zapadającego zmroku. I jeszcze ten niezrównany dotyk kasztanów zbieranych w trakcie powrotu do domu ze szkoły. Z pamięci wygrzebują również obraz naszych pojedynków na białe kulki śnieguliczki.

Wreszcie zima. Zwykle teren skweru staje się ponurą, szarą scenerią, gdzie rządzi zimowa szaruga. Cudownie jest patrzeć na zewnątrz pozostając w ciepłym, przytulnym wnętrzu mieszkania. Wieczorami sterczące nagie kikuty drzew sprawiają upiorne, przygnębiające wrażenie. Jednak, gdy tylko spadnie trochę śniegu, cały skwer ożywa. Centralnym punktem białego szaleństwa staje się niewielka górka pośrodku terenu. Od wczesnych godzin popołudniowych do późnego wieczora duzi i mali korzystają z zabawy na śniegu. Doskonale pamiętam moje pierwsze saneczkowe zjazdy pod czujnym okiem rodziców lub dziadków. Jeszcze milej wspominam pierwsze narciarskie próby pod troskliwą opieką ojcowskiego instruktora, które dziś przywołują wdzięczny uśmiech. Koniec zimy zawsze obwieszczają pojawiające się na trawnikach różnokolorowe krokusy i białe przebiśniegi.

Tak oto czas zatoczył koło. Ja za to zyskałem pewność, że gdziekolwiek rzuci mnie los w przyszłości, ten widok skweru będzie mi nieustannie towarzyszył. W te obrazy na zawsze pozostaną wpisani moi najbliżsi: rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, przyjaciele z dzieciństwa. W mojej pamięci te obrazy niezmiennie pozostaną krainą dziecięcej szczęśliwości.

Michał Mądrala, kl. 6c
2016
© 2015 Szkoła Podstawowa Nr 3 we Wrocławiu